Jakub - Autystycznie Autentyczny

Jakub - Autystycznie Autentyczny

Udostępnij

Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Jakub - Autystycznie Autentyczny, Police.

Oczami matki od spraw niemożliwych 🖤 mama dwójki neuroróżnorodnych dzieci • codzienność bez filtrów • emocje • system który nie nadąża
https://sercadlamaluszka.pl/nasi-podopieczni/jakub-nagorzycki

13/09/2026

Witajcie ❤️

Tak dawno nic tutaj nie publikowaliśmy…

A prawda jest taka, że przez cały ten czas ani jednego dnia nie zmarnowaliśmy.

Łapaliśmy każdą chwilę wakacji, a potem znów wkroczyliśmy na nasze zabiegane tory przedszkolno-szkolne.

I chyba po prostu nie mieliśmy ochoty pisać czegoś „na odwal”, tylko po to, żeby coś napisać.

Nie miało to dla nas żadnego sensu.

To były naprawdę wspaniałe wakacje.

Naładowaliśmy baterie chyba za wszystkie ciężkie lata, które mamy za sobą.

Było dużo odpoczynku, chwil razem i zwyczajnego bycia ze sobą. ❤️

A później przyszło przedszkole, zajęcia dodatkowe, bieganie z miejsca na miejsce i oczywiście cała masa spraw urzędowych, które jak to zwykle po wrześniu trzeba było ogarnąć.

Kubuś wkroczył w tym roku do przedszkola z pięknym nastawieniem.

Jeśli chodzi o jego zdrowie, nie jest ani lepiej, ani gorzej. I choć może brzmi to dziwnie, dla nas to naprawdę dobra wiadomość.
Zatrzymaliśmy się w miejscu, a zawsze lepiej, kiedy stan się stabilizuje, niż kiedy idzie w dół.

A teraz dopiero mamy trochę wolnego, bo chłopak pierwszy raz od czerwca się rozchorował i zdecydowanie potrzebuje odpoczynku.

Ale będzie dobrze.
Jestem tego pewna. ❤️

A w czasie naszej nieobecności wydarzyło się też kilka naprawdę ważnych i pięknych rzeczy.

Jestem o krok bliżej spełnienia mojego marzenia o możliwości jeszcze szerszej pomocy dzieciom. Rozpoczęłam pierwszy semestr nauki na kierunku terapeuta zajęciowy, z elementami dogoterapii oraz zawodowym językiem migowym.

Wiem, że ta droga będzie wymagająca.

Ale jednocześnie czuję, że wszystko, czego nauczyłam się do tej pory moje mocne podstawy dotyczące zaburzeń neurorozwojowych, analizy zachowań oraz całej otoczki terapeutycznej, medycznej i diagnostycznej zaczyna się teraz pięknie przekładać na to, dokąd zmierzam.

I chyba pierwszy raz od dawna mam poczucie, że wszystkie te doświadczenia naprawdę prowadzą mnie w stronę zawodu, o którym marzę. ❤️

A jakby tego było mało, mam jeszcze jedną wiadomość.

Wspaniałą, ale jednocześnie taką, która mocno trzyma mnie za głowę.

Już za niecały tydzień otrzymamy informację w sprawie mieszkania, na które czekamy od dekady.

Dziesięć lat.

Bardzo mocno wierzę i trzymam za nas kciuki, żeby do końca tego roku kalendarzowego udało nam się w końcu dostać nasze własne miejsce na ziemi. ❤️

Choć nie będę udawać ten temat ogromnie mnie stresuje.

Bo jeśli faktycznie wejdziemy do tego mieszkania, to pójdziemy tam właściwie z dorobkiem w postaci pralki… i to tyle. 😅

Ale wiem też, że czas, ludzie, determinacja i konsekwencja potrafią zaprowadzić człowieka dokładnie tam, gdzie przez wiele lat tylko marzył, żeby się znaleźć.

A my o tym miejscu marzymy, myślimy i mówimy już od bardzo, bardzo dawna.

W listopadzie czeka nas kolejna podróż do Zakopanego.

Jedziemy z Kubusiem do naszej kliniki, żeby ustalić dalszy plan leczenia.
Z otolaryngologii wiemy już, że w lipcu 2027 roku czeka nas operacja.

I wiecie co?

Będzie dobrze. ❤️

Bo determinacja jednej mamy, która każdego dnia staje naprzeciwko świata w trosce o swoje dwoje dzieci, daje mi ogromną siłę.

Czasami ta droga kosztuje naprawdę dużo poświęcenia, walki, łez, bezsilności i wielu bardzo trudnych momentów.

Ale nauczyłam się, że nawet wtedy warto iść dalej.

Powoli.
Czasem na kolanach.
Czasem z wiarą tylko na jeden kolejny dzień.

Ale dalej.

Dziękujemy, że wciąż tutaj jesteście. ❤️

Życzymy Wam pięknego czasu przede wszystkim zdrowia, spokoju, spełnienia zawodowego, stabilności finansowej i ludzi obok, którzy dają siłę, zamiast ją odbierać.

Ściskamy Was mocno! ❤️
K.

09/08/2026

Nie będę zbyt wiele pisać.
Ledwo chodzę.

Oglądaniu do końca i proszę wpłać cegiełkę dla koni dla których szłam dzisiaj 30 km bez śniadania.

KONIEc Świata tu znajdziesz link

Liczę na waszą obecność ❤️

Zrobiłam co mogłam , chodź na szczyt nie weszłam przez niedźwiedzia na szlaku.

03/08/2026

Moi drodzy, piszę ten post z wymieszanymi emocjami i ogromną prośbą o pomoc.

Cała moja wyprawa stanęła właśnie pod wielkim znakiem zapytania.

Dzisiaj moja siostrzenica, z którą miałam iść na szczyt, nagle zasłabła i została zabrana karetką na SOR.

Czekamy na diagnozę, ale jedno jest pewne bez względu na wyniki, jej udział w wyjściu w góry jest wykluczony.

Zostałam w bardzo trudnej sytuacji.

Włożyłam w ten wyjazd mnóstwo czasu, przygotowań i pieniędzy, ale przede wszystkim dałam słowo Fundacji Koniec Świata.

Wchodzę na górę dla Łukasza i dla koni, które potrzebują pomocy.

Bardzo nie chcę łamać danej obietnicy ani się poddawać.

Z drugiej strony nie chcę też ryzykować i iść w sierpniu na szczyt całkowicie sama, zwłaszcza że moja mama bardzo się tym denerwuje.

Szanuję to i po prostu szukam kogoś, kto chciałby do mnie dołączyć.

📌 Co i jak?
Kiedy: 9 sierpnia
Cel: Giewont

Kogo szukam: Osoby (lub osób), która ma ochotę na wspólne wyjście w góry i wsparcie charytatywnego celu.

Ode mnie: Dobry humor, wzajemna pomoc na szlaku i ogromna wdzięczność!

Bardzo zależy mi, żeby to się udało.

Jeśli masz wolne 9 sierpnia, lubisz góry i chcesz zrobić coś dobrego – napisz do mnie wiadomość prywatną lub zostaw komentarz.

Zróbmy to razem dla Łukasza i dla koni! 🐎❤️

(I trzymajcie kciuki za moją siostrzenicę na szpitalnym oddziale).

Wierzę, że się uda.
K.

28/07/2026

Ryk kilkudziesięciu tysięcy ludzi na stadionie, błysk świateł, krzyk i totalny chaos.

Dla zwykłego kibica to po prostu sportowe emocje, ale dla dziecka z autyzmem to świat pełen bodźców, które potrafią w jednej sekundzie po prostu przytłoczyć.

W samym środku tego wszystkiego biega Marc Cucurella, piłkarz reprezentacji Hiszpanii i Chelsea.

Mógłby przecież spiąć te swoje wielkie, kręcone włosy w ciasny kucyk, jak robi większość zawodników, żeby mu nie przeszkadzały i nie wchodziły do oczu.

Ale tego nie robi.

Bo gdzieś tam, na trybunach, siedzi jego syn Mateo chłopiec w spektrum autyzmu.

Te wielkie włosy ojca latające na wszystkie strony są dla niego wyrazistym punktem orientacyjnym.

Mateo nie musi szukać numeru na koszulce ani ogarniać skomplikowanych reguł gry.

Patrzy na murawę, wychwytuje ten jeden szczegół i od razu wie, gdzie jest jego tata.

My z Kubą nigdy nie byliśmy na prawdziwym stadionie.

Zwyczajnie wiem, że na ten moment syn by tego nie przetrwał, bo ten hałas i tłum to po prostu za dużo.

Ale kto wie, może kiedyś się uda.

Ta historia z włosami piłkarza kapitalnie pokazuje, jak niesamowicie działa pamięć fotograficzna u dzieciaków w spektrum autyzmu.

To nie jest po prostu ładna zdolność do „pamiętania obrazków” jak z aparatu.

W głowie dziecka z autyzmem ta pamięć to potężne narzędzie przetrwania.

Kiedy wokół jest mnóstwo szumu, głośnych dźwięków i zamieszania, mózg nie nadąża z analizowaniem wszystkiego na raz.

Wtedy włącza się pamięć fotograficzna wyłapuje z otoczenia konkretny, unikalny kadr, charakterystyczny detal i zamraża go w głowie.

Tworzy z niego kotwicę.

Dziecko nie przetwarza całego skomplikowanego obrazu świata, tylko wyciąga z niego ten jeden, zapisany w pamięci mikroszczegół, który staje się jego prywatną latarnią morską i żywą mapą nawigacyjną.

U nas w domu widać to idealnie.

Kuba od jakiegoś czasu zaczął interesować się piłkarzami i tak pojawił się temat Ronaldo.

Czy Kuba wie, ile on strzelił goli albo co to jest spalony?

No nie.

Po prostu zasłyszał od starszego kolegi, że Ronaldo jest „fajny”.

Ale Kuba nie zapamiętał nazwiska, twarzy ani koszulki.

Jego pamięć fotograficzna błyskawicznie wycięła z chaosu i zapisała jeden, konkretny kadr słynne „SIUUU!”, czyli moment, gdy piłkarz wyskakuje w powietrze i rozkłada szeroko ręce.

Widzi ten ruch, jego mózg natychmiast dopasowuje go do zapisanego w głowie wzorca i Kuba od razu wie, z kim ma do czynienia.

I dokładnie tak samo ta jego wewnętrzna, fotograficzna mapa działa w naszej codzienności. Kuba rozpoznaje mnie po moich długich, blond włosach.

Choćby w parku był dziki tłum, hałas i miliony ludzi, jego mózg ignoruje całe to tło.

Jemu wystarczy jeden rzut oka z drugiego końca alejki wychwytuje z otoczenia tę jedną jasną plamę włosów w ruchu, dopasowuje do swojego obrazu w głowie i wie to idzie mama.

Dla kogoś z boku to po prostu fryzura, ale w świecie autyzmu takie wizualne szczegóły to jedyne pewne punkty odniesienia, które pozwalają dzieciom układać chaotyczny świat w logiczną całość.

Rodzice dzieci w spektrum wiedzą bez słów, o co chodzi w geście tego hiszpańskiego piłkarza.

Bo my sami tworzymy dla naszych dzieci takie własne, zwariowane punkty na ich fotograficznych mapach każdego dnia.

Puszczamy długie blond włosy na wietrze, wykonujemy te same powtarzalne gesty, nosimy na rękach całkiem już dużego chłopca.

Ktoś z boku popatrzy i pomyśli: „czemu ten piłkarz nie zetnie tych włosów?” albo „czemu ta matka tak mu na wszystko pozwala?”.

Ale my nie mamy czasu ani energii, żeby przejmować się ocenami innych.

Świat bywa głośny, pędzi za szybko i ma mnóstwo durnych zasad, ale rodzic dziecka w spektrum po prostu codziennie szuka sposobów, żeby dać synowi czy córce te wyraziste klatki z filmu, które pomogą im się odnaleźć.

Żeby w tym całym chaosie dziecko zawsze miało swój jasny, fotograficzny punkt odniesienia.

Matka od Spraw Beznadziejnych
K.

24/07/2026

Są takie dni, które zostają w sercu na długo. Dzisiaj był właśnie jeden z nich.

Rano wybraliśmy się do lasu.
I wiecie co?

Udało się bez wózka.

Krok po kroku, swoim tempem, ale daliśmy radę.

Do tego nazbieraliśmy jagód, z których babcia obiecała wyczarować coś pysznego. Już nie możemy się doczekać.

A później wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Kubuś włączył tutorial na YouTube i zaczął rysować Spider-Mana.

Szczerze?

Myślałam, że po kilku minutach odpuści.

A on siedział, patrzył, rysował i... stworzył to, co widzicie na zdjęciu.

Jestem w takim szoku, że do tej pory nie mogę w to uwierzyć.

Patrzę na ten rysunek i naprawdę ciężko mi uwierzyć, że narysował go mój 7-letni syn.

To przypomina mi tylko jedno autyzm i MPD nie przekreślają marzeń, talentów ani możliwości.

Czasem potrzeba tylko chwili, żeby odkryć coś, czego nikt się nie spodziewał.

Nie wiem, czy rysowanie okaże się jego pasją.

Może tak, może nie.

Ale pierwszy raz naprawdę pomyślałam, że warto kupić mu porządny szkicownik i lepsze kredki.

Nie po to, żeby coś udowadniać.

Po prostu po to, żeby dać mu szansę rozwijać coś, co sprawiło mu dziś tyle radości.

A już za dwa tygodnie ruszamy na nasze wymarzone wakacje.

Pięć dni w Tatrach i pięć dni w Bieszczadach.

Zasłużyliśmy na ten wyjazd. ❤️

Babcia porwie Kubę i Oliwkę na jeden dzień, a ja wtedy wejdę na Giewont.

Chcę upamiętnić Łukasza i przy okazji zbierać środki dla Fundacji Koniec Świata.

Z całego serca wierzę, że wspólnie uda nam się zrobić jeszcze więcej dobrego dla tych koni.

Dziś jestem po prostu wdzięczna.

Za takie małe-wielkie zwycięstwa.

Za uśmiech Kubusia.

Za ludzi, którzy są z nami.

I za nadzieję, że najpiękniejsze chwile wciąż są przed nami. ❤️

23/07/2026

Dojść do dna i nazwać to poświęceniem.

Dość tej kpiny z prawdziwego poświęcenia.

Świat oszalał.

W sieci aż huczy od kolejnych popisów samozwańczych „aktywistów”.

Najpierw Ostatnie Pokolenie i ich paraliżowanie miast, przyklejanie się do asfaltu czy niszczenie zabytków.
Teraz Ruch Klimatyczny „Jazda", który z dumą wylewa substancje przypominające fekalia na domy i sklepy osób publicznych.

Co chcieli osiągnąć?
niby „walkę z elitami”
„zwrócenie uwagi na konsumpcjonizm” i ratowanie planety.

A co osiągnęli?
Rzygowinę wandalizmu, obrzydzenie i falę zasłużonego gniewu.

Nazywanie prymitywnego niszczenia elewacji i blokowania ludzi w drodze do pracy „aktem poświęcenia” to jest kpina z tego kraju i absolutny policzek dla ludzi, którzy naprawdę wiedzą, czym jest poświęcenie.

Mówię to jako matka dziecka z niepełnosprawnością i społecznik.

Chcecie wiedzieć, czym jest prawdziwe poświęcenie?

To nie jest przyklejenie sobie ręki do jezdni na dwie godziny pod obiektywami aparatów.

Poświęcenie to wstać o 3 w nocy, gdy dziecko cierpi.

To walka o każdy krok, o każdy bezcenny turnus rehabilitacyjny, o pampersy, leki, urzędy i system, który ma nas głęboko w nosie.

Praca społecznika i rodzica takiego dziecka to cicha, wycieńczająca, codzienna walka.

I ja, po tym wszystkim, co przechodzę z moim dzieckiem, mam patrzeć na bandę dzieciaków oblewających czyjś dom gównem i słuchać, że to jest „walka o sprawiedliwość”?

Pytam więc:

Czy ja, skoro mam tak cholernie trudno w życiu, powinnam nosić w sobie jad i zawiść do całego świata?

Czy mam nienawidzić ludzi za to, że ciężko pracują, zarabiają wielkie pieniądze i stawiają ładne domy?

Czy mam czuć wściekłość na innych rodziców tylko dlatego, że mają zdrowe dzieci?

Czy powinnam żądać, żeby nieznajomi dwoili się i troili, i dawali mi z góry swoje pieniądze, tylko dlatego, że oni mają zamożniej, a ja mam pod górkę?

NIE.
Absolutnie NIE!

Świat tak nie działa.

Czyjś sukces, czyjeś zdrowe dziecko i czyjś majątek zdobyty pracą nie są moim wrogiem.

Prawdziwa sprawiedliwość i empatia to budowanie wsparcia, ciągła edukacja i wyciąganie ręki do potrzebujących a nie zazdrość, żądanie roszczeń i wylewanie własnych frustracji pod cudzymi drzwiami!

Ruchy takie jak Jazda czy Ostatnie Pokolenie to kpina.

To nie jest żaden opór społeczny, tylko tania agresja, przemoc i wandalizm ludzi, którym pomyliły się pojęcia.

Niszczycie zaufanie społeczne i autorytet aktywizmu, na który ludzie tacy jak ja pracują całe lata.

Jako mama i działaczka powiem jedno: walka o lepszy świat wymaga godności i budowania.

To, co robicie, to ślepy zaułek i absolutny upadek potępiam to z całego serca.

K.
~matka od spraw beznadziejnych.

20/07/2026

Nikogo nie zdziwię, że w niektórych regionach Afryki zaburzenia neurorozwojowe nadal przypisywane są czarom, klątwom demonów czy gniewowi przodków.

Łatwo nam na „oświeconym” Zachodzie pukać się w czoło i mówić o zacofaniu innych kultur.

Ostatnio jednak zaczęłam głębiej przeglądać literaturę i źródła dotyczące tego, jak spektrum autyzmu jest postrzegane w naszym, rzekomo nowoczesnym świecie i to, na co natrafiłam, autentycznie mnie przeraziło.

Jako matka dziecka w spektrum czytałam te doniesienia ze ściśniętym gardłem, uświadamiając sobie, że w świecie technologii i nauki mitologie wokół autyzmu bywają jeszcze bardziej bezwzględne, głębokie i destrukcyjne dla całych rodzin niż plemienne zabobony.

Zaczytując się w forach i publikacjach alternatywnych, natrafiłam na nurt New Age, który wmawia ludziom, że dzieci w spektrum to tak naprawdę hybrydy obcych cywilizacji.

Teorie o tak zwanych dzieciach indygo czy gwiezdnym nasieniu głoszą, że autyzm to nie specyfika rozwoju mózgu, ale dowód na pozaziemskie DNA i misję ratowania Ziemi.

Choć niektórzy próbują widzieć w tym poetycką próbę pocieszenia, w rzeczywistości jest to potworne odczłowieczenie, które odebrało mi dech.

Robienie z dziecka istoty z kosmosu odmawia mu prawa do bycia po prostu człowiekiem z jego realnymi, ziemskimi trudnościami.

Zamyka oczy na potrzebę systemowego, medycznego wsparcia i zamiast realnej pomocy, karmi rodziców mistyczną iluzją.

Jeszcze głębszy dramat i absolutną grozę poczułam jednak, gdy dotarłam do źródeł opisujących działania skrajnej pseudomedycyny, która traktuje nasze dzieci jak chodzące wysypiska toksycznych odpadów.

W tych środowiskach wmawia się zdesperowanym rodzicom, że autyzm to wynik potwornego zatrucia metalami ciężkimi lub infekcji pasożytniczej, którą trzeba bezwzględnie wypalić z organizmu.

Przerażające jest to, jak cynicznie szarlatani manipulują miłością i bezsilnością rodzica, który dla swojego dziecka zrobiłby wszystko.

W ten sposób tysiące rodzin wpada w sidła procedur będących w rzeczywistości torturami, takich jak agresywna chelatacja niszcząca nerki, czy podawanie dzieciom do picia preparatu MMS, czyli przemysłowego wybielacza.

Czytając relacje o rodzicach, którzy w pogoni za mitycznym uzdrowieniem nieświadomie wypalają swoim dzieciom układy pokarmowe, czułam fizyczny ból.

Łatwo jest oceniać afrykańskie wierzenia w demony, ale prawda jest taka, że współczesny, zachodni świat robi dokładnie to samo, tworząc własne potwory.

Żeruje na strachu i miłości ludzi, którzy zostali pozostawieni sami sobie.

Myślę, że pora zacząć głośno o tym mówić i przestać szukać winnych w kosmosie czy toksynach, bo autyzm to po prostu inny, naturalny model ludzkiego mózgu, który ponad wszystko potrzebuje naszej akceptacji i mądrego, bezpiecznego wsparcia.

19/07/2026

Dziś odbiję od głównego tematu tej strony, bo uważam, że są sprawy, o których nigdy nie mówi się za dużo.

Tylko dziś, przeglądając Facebooka, natknęłam się na kilka, jeśli nie kilkanaście ogłoszeń z prośbą o pilną adopcję szczeniąt.

Nawet nie wiecie, jak bardzo boli mnie serce, że w czasach, kiedy mamy tak ogromny dostęp do wiedzy, ludzie nadal masowo rozmnażają zwierzęta, bo szkoda im pieniędzy na zabieg sterylizacji czy kastracji.

Wiem, że w mniejszych miejscowościach i na wsiach problem jest jeszcze większy. Patohodowle, które rozbija Fundacja Judyta, rozrywają mi serce na kawałki.

Psy żyją tam jak maszyny do rodzenia.
Suki rodzą miot za miotem, wycieńczone fizycznie i psychicznie, tylko po to, by ktoś mógł zarobić kolejne pieniądze.

Szacuje się, że w Polsce bezdomnych jest nawet około miliona psów i kotów.

Za tą liczbą kryją się prawdziwe historie, głód, choroby, cierpienie, strach i samotność.

Schroniska od lat są przepełnione, organizacje prozwierzęce błagają o domy tymczasowe, a mimo to każdego dnia na świat przychodzą kolejne niechciane mioty.

Najgorszy okres? Lato.

To właśnie wtedy psy przestają być "małymi, słodkimi kuleczkami", a zaczynają być problemem.

Zaczynają przeszkadzać w wakacyjnych planach, wymagają czasu, pieniędzy i odpowiedzialności.

Dla wielu ludzi pieniądze okazują się ważniejsze niż życie i godność zwierzęcia.

Zamiast wydać kilkaset złotych na sterylizację czy kastrację, wolą dopuścić do kolejnych miotów, wierząc w mity, że s**a musi urodzić choć raz albo że "tak będzie dla niej zdrowiej".

To nieprawda.

Weterynaria od lat mówi jasno sterylizacja i kastracja są najskuteczniejszym sposobem ograniczania bezdomności zwierząt oraz chronią je przed wieloma chorobami.

Każdy nieprzemyślany miot to kolejne życia skazane od pierwszego oddechu na walkę o przetrwanie.

Nie wszystkie znajdą dom.
Nie wszystkie dożyją dorosłości.

Część umrze z głodu, chorób lub pod kołami samochodów.

Inne trafią do schronisk, gdzie miesiącami, a czasem latami będą żyły za kratami.

W ciągłym hałasie, stresie i samotności.

Psy nie rozumieją, dlaczego człowiek, którego kochały bezgranicznie, nagle zniknął.

Każdego dnia czekają przy kratach, wypatrując właściciela, który bardzo często już nigdy po nie nie wróci.

Półtora roku temu odeszła nasza Daisy.
Po tym, przez co przeszliśmy w ostatnim roku jej życia, wykończona psychicznie, emocjonalnie i finansowo powiedziałam sobie, że już nigdy nie będę miała psa.

Mówiłam Wam to wiele razy.

Ale czas mija.
Głowa zaczyna pracować inaczej.
Życie również się zmienia.

Chcemy psa.

Ale dopiero wtedy, kiedy będziemy na to naprawdę gotowi.

Kiedy będziemy stabilni i pewni, że jesteśmy w stanie wziąć odpowiedzialność za życie, które jest warte każdej minuty, każdego spaceru i każdego tupania łapkami po podłodze.

Chcemy psa wtedy, kiedy będziemy mogli dać mu coś więcej niż miskę z karmą i kilka metrów kwadratowych przestrzeni.

Chcemy dać mu bezpieczeństwo, opiekę, czas i miłość na całe jego życie.

Marzę o tym, żeby każdy człowiek, zanim dopuści do rozmnożenia swojego psa czy kota albo zdecyduje się przyjąć zwierzę pod swój dach, zadał sobie jedno pytanie:

Czy jestem gotów być odpowiedzialny za to życie przez najbliższe kilkanaście lat?

Bo zwierzę nie jest rzeczą.
Nie jest prezentem.
Nie jest chwilową zachcianką.

To żywa istota, która kocha najmocniej właśnie tego człowieka, który najczęściej zawodzi ją jako pierwszy.

Jeśli naprawdę kochasz zwierzęta nie rozmnażaj ich bezmyślnie.

Sterylizuj.
Kastruj.
Adoptuj.
Edukuj innych.

Tylko w ten sposób możemy przerwać błędne koło cierpienia.

Na załączonym zdjęciu widzicie zwierzęta z ostatniej interwencji Fundacji Judyta po rozbiciu pseudohodowli buldogów.

Nie wiem, jak Wam... ale moje serce rozpadło się na milion kawałków.

Patrząc w ich oczy, nie widzę tylko psów.
Widzę istoty, które całe swoje życie znały jedynie ból, strach i wykorzystywanie.
Widzę zwierzęta, którym człowiek odebrał godność w imię własnego zysku.

Na koniec mam do Was jedną ogromną prośbę.

Jeżeli ten post przeczyta choć jedna osoba, która zastanawia się nad rozmnożeniem swojego psa lub kota "bo raz nie zaszkodzi", "bo dzieci chcą zobaczyć małe", "bo szkoda wydać pieniędzy na zabieg" proszę, zatrzymaj się i pomyśl.

Za każdym nieplanowanym miotem stoją żywe istoty, które mogą nigdy nie zaznać miłości.
Mogą umrzeć samotnie.
Mogą spędzić całe życie za kratami schroniska. Mogą nigdy nie usłyszeć, że są czyjeś.

Nie odwracajmy wzroku od tego problemu tylko dlatego, że nas nie dotyczy.

Edukujmy.
Reagujmy.
Wspierajmy fundacje.
Adoptujmy.
Sterylizujmy i kastrujmy swoje zwierzęta.

Bo one nie mają własnego głosu.

To my jesteśmy ich głosem.

I od naszych decyzji zależy, czy ich życie będzie pełne miłości, czy cierpienia.

18/07/2026

Cześć.

Jestem Kasia.

Niektórzy mówią o mnie „mama od spraw beznadziejnych”.

Wielu z Was zna mnie z walki o zdrowie mojego niepełnosprawnego syna Kubusia chłopca, któremu przyszłość trzeba było wyrywać siłą, bo świat zbyt często odbierał mu nadzieję, zanim zdążył ją dostać.

Znacie mnie z wielu akcji, publikacji i codziennych wpisów.

Przez lata, ratując własne dziecko, zdobywałam wiedzę, której nigdy nie chciałam zdobywać.

Dzieliłam się nią z Wami, bo wierzyłam, że skoro nasze doświadczenia mogą pomóc choć jednej rodzinie, to przeszliśmy tę drogę nie bez powodu.

Wokół naszej strony powstała społeczność, której nie da się opisać liczbami.

Tysiące ludzi, którzy kibicowali Kubusiowi, wspierali nas, modlili się, udostępniali nasze prośby i nie pozwolili nam zostać samym wtedy, kiedy było najciemniej.

Za to wszystko... dziękuję.

Dziękuję również tym, którzy w najtrudniejszych chwilach nie przeszli obok nas obojętnie.
Tym, którzy nie pytali, czy się opłaca.
Po prostu byli.

Jedną z takich osób był Łukasz Litewka.

Człowiek o ogromnym sercu.
Poseł, społecznik, ale przede wszystkim człowiek, który rozumiał, że czasem jedno wyciągnięcie ręki może zmienić czyjeś życie.

Kiedy inni zamykali drzwi, tłumacząc się brakiem możliwości, zasięgów czy czasu, On po prostu pomagał.

Nigdy o tym nie zapomnę.

Dlatego po Jego tak bolesnym odejściu długo zastanawiałam się, jak podziękować za dobro, które po sobie zostawił.

Nie chciałam kolejnego wpisu pełnego pięknych słów.

Bo Łukasz nie budował świata słowami.

Budował go czynami.

Dlatego jako mama jednego z jego podopiecznych postanowiłam wejść tam, gdzie niebo wydaje się być odrobinę bliżej.

9 sierpnia wejdę na Giewont 1894 m n.p.m.

Nie po to, żeby zdobyć szczyt.

Po to, żeby uczcić człowieka, który przez całe swoje życie pomagał innym wspinać się z ich własnych życiowych przepaści.

Podczas tej wyprawy chcę upamiętnić to, co było jedną z najpiękniejszych cech Łukasza.

Jego bezgraniczną miłość do zwierząt.

Pokazał nam wszystkim, że człowieczeństwo zaczyna się tam, gdzie potrafimy pochylić się nad tymi, którzy sami nie potrafią poprosić o pomoc.

Dlatego spośród wielu organizacji pomagających zwierzętom wybrałam jedną wyjątkową.

Fundację KONIEc Świata .

To miejsce, którego nazwa mówi o końcu, a tak naprawdę każdego dnia daje nowy początek.

To dom dla koni starych, schorowanych, porzuconych, często skazanych przez człowieka na zapomnienie.
Zwierząt, które przepracowały całe swoje życie dla ludzi, a kiedy przestały być potrzebne, zostały pozostawione same sobie.

Tutaj odzyskują spokój.

Godność.

Miłość.

I pewność, że już nigdy nie będą niczyim problemem.

Justyna i cały zespół Fundacji oddają tym zwierzętom całe swoje serce.
Ich pomoc nie kończy się wtedy, kiedy zaczyna być trudno.

Po tragicznym wypadku Justyny, mimo wielu operacji i miesięcy spędzonych na wózku inwalidzkim, Justyna nie przestała ratować swoich podopiecznych.
Nadal robiła wszystko, by konie czuły się bezpieczne.

Bo kiedy pomaganie staje się sensem życia, nie zatrzymuje go ani ból, ani cierpienie, ani własne ograniczenia.

Tak właśnie wygląda prawdziwa siła.

Tak właśnie wygląda miłość.

A żeby utrzymać to niezwykłe miejsce, tworzą własnymi rękami piękne rzeczy podkowy na szczęście, dżemy, soki, konfitury, miody z własnej pasieki i wiele innych wyrobów.

Wszystko po to, by kolejne konie mogły dostać to, czego najbardziej potrzebują bezpieczny dom.

Właśnie dlatego podczas naszego wejścia Fundacja uruchomi zbiórkę.

Mam dziś do Was ogromną prośbę.

Pokażmy po raz kolejny, że siła Internetu naprawdę zmienia świat.

Ja wiem, że zmienia.

Przeżyłam to.

To dzięki ludziom po drugiej stronie ekranu moje dziecko dostało szanse, których wcześniej nie miało.

Dziś chciałabym, żeby ta sama siła dała szansę tym, którzy sami o pomoc nigdy nie poproszą.

Dlatego proszę Was z całego serca.

Kiedy ruszy zbiórka udostępniajcie ją wszędzie.

Niech poniesie ją dobro.

Jeżeli możecie, wesprzyjcie ją choćby najmniejszą wpłatą.

Jeżeli nie możecie podajcie ją dalej.

Bo każde udostępnienie może uratować kolejne życie.

Każda złotówka może dać kolejnemu koniowi leczenie, jedzenie, bezpieczeństwo i spokojną starość.

Marzę o tym, aby ta wyprawa była czymś więcej niż wejściem na górę.

Chcę, żeby była dowodem na to, że pamięć o człowieku nie żyje w pomnikach.

Żyje w czynach.

Żyje w dobru, które niesiemy dalej.

9 sierpnia z całego serca zapraszam każdego, kto chciałby wejść z nami na Giewont.

Spotkajmy się na szlaku.

Spotkajmy się na szczycie.

Pamiętajcie jednak, że góry nie wybaczają błędów.
Każde wejście musi być odpowiedzialną decyzją i powinno być dostosowane do własnych możliwości.

Zróbmy coś pięknego.

Dla Łukasza.

Dla idei, które pozostawił w naszych sercach.

Dla Justyny i ludzi, którzy każdego dnia udowadniają, że dobro nie zna przeszkód.

Dla koni, które życie doświadczyło zbyt mocno.

Bo tylko razem możemy zrobić więcej.

Kasia.

Ja to tu tylko zostawię...

16/07/2026

Siedem lat temu świat na chwilę się zatrzymał.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak wiele łez przyjdzie mi wylać.

Nie wiedziałam też, że moje serce nauczy się kochać tak mocno, jak kocha tylko mama.

Synku… nie dostałeś najłatwiejszej drogi.

Los napisał dla Ciebie inną historię niż dla wielu dzieci.

Ale nigdy nie odebrał Ci tego, co najważniejsze Twojego pięknego serca, niewinnego uśmiechu i siły, która każdego dnia zadziwia wszystkich wokół.

To Ty nauczyłeś mnie, że prawdziwe szczęście nie kryje się w wielkich rzeczach.

Ono jest w Twoim śmiechu, w każdym spojrzeniu, w każdej chwili, kiedy mogę Cię przytulić i powiedzieć:

Jestem.
Zawsze będę.

Dziś kończysz 7 lat.

Patrzę na Ciebie i wiem jedno gdybym mogła, zabrałabym od Ciebie każdy ból, każdą trudność i każdy lęk.

Oddałabym wszystko, żeby życie było dla Ciebie łatwiejsze.

Nie mogę zmienić świata.

Mogę za to obiecać Ci jedno dopóki bije moje serce, nigdy nie pozwolę, żebyś szedł przez niego sam.

Jesteś moim największym cudem.

Moją siłą.
Moją dumą.

Moją miłością większą niż całe niebo.

Wszystkiego, co najpiękniejsze z okazji Twoich 7. urodzin, mój Kochany Synku.

Mama będzie kochała Cię dziś, jutro i przez wszystkie dni swojego życia. ❤️🎂

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Gabinet Kosmetyczny w Police?
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Adres


Police

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Jakub - Autystycznie Autentyczny umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Subskrybuj

Powiadomimy Cię, gdy cokolwiek zdarzy się w Police.